PERU 🇵🇪,  Podróże dalekie

Machu Picchu – spełnione marzenie

Są miejsca, które chcemy zobaczyć.

Są też takie, o których marzymy przez lata. A potem przychodzi dzień, kiedy stajemy dokładnie tam, gdzie wcześniej byliśmy tylko w myślach.

Machu Picchu było dla nas właśnie takim miejscem.

Jednym z największych marzeń tej podróży. Jednym z powodów, dla których w ogóle znaleźliśmy się w Peru. I chyba żadne zdjęcie, film ani opowieść nie były w stanie przygotować nas na moment, kiedy zobaczyliśmy je na własne oczy.

Majestatyczne zielone góry. Kamienne tarasy. Pozostałości świątyń i domów Inków. Chmury przesuwające się pomiędzy szczytami. Lamy spacerujące między ruinami, jakby kompletnie nie interesowało ich to, że każdego dnia przyjeżdżają tutaj ludzie z całego świata.

I my.

Stojący pośrodku tego wszystkiego z jedną myślą:

Naprawdę tu jesteśmy.

Kolejne marzenie właśnie stało się wspomnieniem. Tyle że nasza historia z Machu Picchu nie zaczęła się przy jego słynnych kamiennych tarasach. Zaczęła się dużo wcześniej.

W dżungli.

Do Machu Picchu nie pojechaliśmy najprostszą drogą

Można dojechać do Aguas Calientes pociągiem, przespać się, rano wsiąść do autobusu i po kilkudziesięciu minutach znaleźć się przy wejściu do Machu Picchu.

My mieliśmy inaczej.

Skoro mieliśmy spełnić jedno z największych marzeń naszej podróży po Peru, chcieliśmy również poczuć drogę, która do niego prowadzi.

Nasza wyprawa była częścią Inca Jungle Trek. Najpierw czekał nas trekking na odcinku Santa Teresa – Santa Maria, gorące źródła i nocleg. Kolejnego dnia ruszyliśmy dalej w stronę Aguas Calientes, czyli miasteczka położonego u stóp Machu Picchu.

Łącznie przeszliśmy około 35 kilometrów przez peruwiańską dżunglę.

Było gorąco.

Wilgotno.

Momentami męcząco.

Było dużo kilometrów, potu, zmęczonych nóg i chwil, kiedy człowiek zastanawiał się, jak daleko jeszcze. Ale była też ogromna radość. Bo z każdym kilometrem byliśmy bliżej.

Bliżej Machu Picchu.

O samym trekkingu opowiemy Wam jeszcze osobno, bo te kilkadziesiąt kilometrów zasługuje na własną historię. Dzisiaj chcemy zabrać Was przede wszystkim tam, gdzie prowadziła cała ta droga.

Aguas Calientes – ostatnia noc przed spełnieniem marzenia

Kiedy dotarliśmy do Aguas Calientes, mieliśmy za sobą kilometry marszu, ale w głowie była już tylko jedna myśl.

Jutro.

Jutro zobaczymy Machu Picchu. Aguas Calientes, nazywane również Machupicchu Pueblo, jest niewielkim miasteczkiem otoczonym stromymi, zielonymi górami. To właśnie stąd większość turystów rusza w stronę słynnego miasta Inków.

Są tutaj hotele, restauracje, sklepy i mnóstwo ludzi, którzy przyjechali z dokładnie tego samego powodu. Ale wieczorem, przed snem, cały ten gwar przestawał mieć znaczenie. Po tylu dniach podróży po Peru byliśmy już naprawdę blisko miejsca, które wcześniej wydawało się tak odległe.

I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy poczułam, że to naprawdę się dzieje.

Machu Picchu – miasto pomiędzy Andami a Amazonią

Machu Picchu leży na wysokości około 2430 metrów n.p.m., na styku peruwiańskich Andów i górskich lasów należących do dorzecza Amazonki. Powstało w XV wieku, w okresie największego rozkwitu imperium Inków. Do dzisiaj zachowało się tutaj około 200 budowli – świątyń, domów, tarasów rolniczych i innych konstrukcji tworzących niezwykle przemyślaną całość.

I chyba właśnie położenie robi równie ogromne wrażenie jak same ruiny. Inkowie nie zbudowali swojego miasta na płaskiej równinie. Wybrali grzbiet wysoko pomiędzy górami. Patrząc na ogromne kamienne bloki, tarasy i system zabudowań, trudno nie zadawać sobie pytania:

Jak oni to zrobili?

Bez współczesnych maszyn. Bez dźwigów. Bez technologii, którą dzisiaj uznajemy za oczywistą. A jednak zrobili. I kilkaset lat później nadal stoimy tutaj i próbujemy zrozumieć ich świat.

Imperium Inków – zanim pojawiło się Machu Picchu

Żeby zrozumieć to miejsce, trzeba choć na chwilę cofnąć się w czasie. Państwo Inków nosiło nazwę Tawantinsuyu, którą najczęściej tłumaczy się jako „krainę czterech części”.

W okresie największego rozwoju obejmowało ogromne obszary Andów – nie tylko dzisiejsze Peru, ale również tereny obecnego Ekwadoru, Boliwii, Chile, Argentyny i Kolumbii. Jedną z najważniejszych postaci w jego historii był Pachacuti, władca, za którego panowania w XV wieku Cusco zostało przekształcone w potężne centrum polityczne i religijne.

Machu Picchu również powstało właśnie w XV wieku.

Przeznaczenie kompleksu wciąż jest przedmiotem badań i dyskusji. Jedna z najbardziej znanych teorii wiąże go z Pachacutim i królewską posiadłością, ale Machu Picchu miało także znaczenie ceremonialne, religijne i gospodarcze. I chyba dobrze, że nie znamy wszystkich odpowiedzi.

Ta odrobina tajemnicy bardzo do niego pasuje.

„Zaginione Miasto Inków”, które nie do końca było zaginione

Machu Picchu często nazywa się Zaginionym Miastem Inków.

Brzmi pięknie. Tyle że rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana. Świat poza Peru szeroko usłyszał o Machu Picchu w 1911 roku za sprawą Hirama Binghama. Nie oznacza to jednak, że wcześniej nikt nie wiedział o jego istnieniu.

Miejsce było znane lokalnym mieszkańcom. Dlatego dzisiaj lepiej powiedzieć, że w 1911 roku Machu Picchu zostało szeroko przedstawione światu, a nie „odkryte” w dosłownym znaczeniu tego słowa.

W 1983 roku Historyczne Sanktuarium Machu Picchu zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Peru. Ale kiedy tam stoisz, wszystkie te tytuły przestają mieć znaczenie.

Pierwsze spojrzenie na Machu Picchu

Są takie chwile, których nie potrafię dobrze opisać. To była jedna z nich. Po całej naszej drodze. Po kilometrach trekkingu.

Po dżungli. Po noclegach. Po tylu dniach w Peru. W końcu pojawił się ten widok.

Machu Picchu.

Dokładnie takie, jakie znałam ze zdjęć. A jednocześnie zupełnie inne. Bo fotografia pokazuje ruiny. Nie pokazuje przestrzeni. Nie pokazuje wysokości otaczających je gór. Nie pokazuje chmur, które przesuwają się pomiędzy szczytami.

Nie pokazuje zapachu wilgotnej ziemi ani dźwięków dochodzących z doliny. I przede wszystkim nie pokazuje emocji człowieka, który długo marzył, żeby tutaj stanąć. Patrzyliśmy przed siebie i przez chwilę chyba żadne z nas nie potrzebowało słów.

Po prostu byliśmy.

Machu Picchu – jeden z siedmiu nowych cudów świata

W 2007 roku Machu Picchu zostało wybrane jednym z Nowych Siedmiu Cudów Świata. Można oczywiście dyskutować o rankingach i tytułach. Ale stojąc tutaj, naprawdę łatwo zrozumieć, dlaczego to miejsce wywołuje tak wielkie emocje.

Kamienne budowle wyglądają, jakby wyrastały bezpośrednio z góry. Tarasy dopasowują się do jej kształtu. Wszystko współgra z otaczającym krajobrazem. Nie ma tutaj wyraźnej granicy pomiędzy dziełem człowieka a naturą. Jedno przechodzi w drugie.

I właśnie to zrobiło na mnie największe wrażenie.

Lamy, które nic sobie z naszego zachwytu nie robiły

A potem były one.

Lamy.

My przeżywaliśmy jedno z największych podróżniczych wydarzeń naszego życia, robiliśmy zdjęcia, patrzyliśmy na góry i chłonęliśmy każdą minutę. A one spokojnie spacerowały po tarasach. Jakby chciały powiedzieć:

„Spokojnie. My mamy taki widok codziennie”. I chyba właśnie ten kontrast był cudowny. Potężna historia. Jedno z najsłynniejszych miejsc świata. Tysiące lat andyjskiej kultury. I lama, która w tym wszystkim po prostu szuka sobie czegoś do jedzenia.

Ale nam Machu Picchu było jeszcze mało…

Można byłoby pomyśleć, że po około 35 kilometrach trekkingu przez dżunglę, dotarciu do Aguas Calientes i zwiedzaniu Machu Picchu człowiek powie:

Wystarczy.

No cóż. My najwyraźniej tak nie działamy. Czekało nas jeszcze  Huayna Picchu, charakterystyczna góra wznosząca się tuż za ruinami Machu Picchu. Ta sama, którą widzicie na większości klasycznych zdjęć tego miejsca. I postanowiliśmy wejść również tam.

Huayna Picchu kiedy patrzysz w górę i zastanawiasz się, co właściwie robisz

Już samo spojrzenie na górę powinno dać człowiekowi do myślenia.

Jest stromo. Bardzo stromo. Ścieżka prowadzi po kamiennych schodach, miejscami tuż przy zboczu. A my zaczęliśmy się wspinać. Krok za krokiem. Schodek za schodkiem. Nogi po wcześniejszych kilometrach zdecydowanie miały już własne zdanie na temat naszych planów.

Ale głowa mówiła:

Skoro już tutaj jesteśmy, idziemy.

I szliśmy. Momentami miałam wrażenie, że wspinamy się niemal po ścianie. Serce pracowało mocniej. Nogi zaczynały palić.

Patrzyłam w górę i zastanawiałam się, ile jeszcze. A potem spoglądałam w dół. I nagle wszystkie pytania znikały.

Machu Picchu z góry – widok, którego nie zapomnimy

Im wyżej wchodziliśmy na Huayna Picchu, tym mniejsze stawało się Machu Picchu. Dopiero z tej perspektywy można zobaczyć, jak niesamowicie położone jest miasto.

Otoczone górami. Wciśnięte pomiędzy strome zbocza. Maleńkie w porównaniu z ogromem Andów. I wtedy jeszcze mocniej dotarło do mnie, czego dokonali ludzie, którzy kilkaset lat temu stworzyli to miejsce.

Zmęczenie?

Było ogromne.

Ale emocje były jeszcze większe. Bo są takie widoki, dla których warto się zmęczyć. Takie chwile, w których człowiek zapomina o bolących nogach, mokrej koszulce i kolejnych schodach. Po prostu stoi i patrzy. A potem próbuje zapamiętać jak najwięcej.

Jak dostać się do Machu Picchu?

Nie istnieje tylko jeden sposób.

I właśnie to jest w Machu Picchu piękne – sama droga może stać się częścią przygody. Można dotrzeć do Aguas Calientes pociągiem, a następnie wjechać autobusem do wejścia do kompleksu. Można zdecydować się na klasyczny Inca Trail.

Można wybrać Salkantay Trek.

Można też – tak jak my – połączyć podróż z trekkingiem przez dżunglę w ramach Inca Jungle Trek. Dla nas ta ostatnia opcja była czymś znacznie więcej niż sposobem transportu.

Te około 35 kilometrów sprawiło, że Machu Picchu nie pojawiło się nagle po wyjściu z autobusu.

My do niego dochodziliśmy. Każdego dnia byliśmy trochę bliżej. I chyba właśnie dlatego moment pierwszego spotkania smakował jeszcze bardziej.

Jak obecnie wygląda zwiedzanie Machu Picchu?

To ważne, ponieważ zasady zmieniały się w ostatnich latach. Obecnie teren Machu Picchu podzielony jest na trzy główne obwody zwiedzania, w ramach których funkcjonuje łącznie kilka różnych tras. Nie każdy bilet daje dostęp do tych samych miejsc i punktów widokowych.

Jeżeli marzycie również o wejściu na Huayna Picchu, trzeba wybrać odpowiednią trasę obejmującą tę górę. Dlatego biletu nie kupowałabym przypadkowo tylko dlatego, że „jest dostępny”. Najpierw warto sprawdzić, co dokładnie chcecie zobaczyć, a dopiero później wybrać konkretny wariant. Machu Picchu jest jednym z tych miejsc, gdzie dobre przygotowanie przed podróżą naprawdę ma znaczenie.

Czy warto nocować w Aguas Calientes?

Z naszej perspektywy – zdecydowanie tak. Po pierwsze, pozwala spokojniej przygotować się do kolejnego dnia. Po drugie, jesteście już bardzo blisko wejścia do Machu Picchu.

A po trzecie samo Aguas Calientes ma niezwykłe położenie pomiędzy stromymi, zielonymi górami. Nie traktowałabym go jedynie jako noclegowni przed Machu Picchu. Warto przejść się jego uliczkami, zjeść kolację, popatrzeć na otaczające góry i poczuć tę specyficzną atmosferę miejsca, w którym niemal wszyscy na coś czekają.

Na jutro.

Na autobus.

Na trekking.

Na spełnienie swojego marzenia.

Czy Machu Picchu jest przereklamowane?

Przed przyjazdem czasami zastanawiałam się nad jednym. Czy miejsce pokazywane miliony razy w internecie może jeszcze naprawdę zachwycić? Czy kiedy znasz niemal każdy klasyczny kadr, zostaje miejsce na zaskoczenie?

Zostało.

I to ogromne.

Machu Picchu nie rozczarowało nas ani przez sekundę.

Wręcz przeciwnie. Zdjęcia nie potrafią oddać skali. Filmy nie pokazują przestrzeni. A żaden opis nie jest w stanie przekazać tego, co człowiek czuje, kiedy po raz pierwszy patrzy na miasto Inków otoczone potężnymi górami. To trzeba przeżyć.

35 kilometrów później spełniliśmy kolejne marzenie

Kiedy dzisiaj myślę o Machu Picchu, nie widzę tylko jednego pocztówkowego kadru.

Widzę całą drogę.

Dżunglę.

Ścieżki.

Zmęczone nogi.

Santa Teresę.

Santa Marię.

Aguas Calientes.

Poranek, na który tak długo czekaliśmy.

Pierwsze spojrzenie.

Lamy.

Kamienne tarasy.

I jeszcze tę szaloną wspinaczkę na Huayna Picchu.

Wszystko połączyło się w jedną historię.

Naszą historię.

Może mogliśmy dotrzeć tutaj łatwiej.

Szybciej.

Wygodniej.

Ale dzisiaj nie zamieniłabym tych 35 kilometrów na nic.

Bo czasami droga do marzenia staje się równie ważna jak samo marzenie.

Machu Picchu – doświadczenie raz w życiu?

Na początku chciałam napisać, że Machu Picchu to doświadczenie raz w życiu.

Ale chyba jednak nie.

Bo kiedy schodziliśmy, nie myślałam:

„Dobrze, zobaczone. Możemy wykreślić z listy”.

Myślałam:

„Chciałabym kiedyś tutaj wrócić.”

Jeszcze raz zobaczyć poranną mgłę pomiędzy górami. Jeszcze raz przejść pomiędzy kamiennymi murami. Jeszcze raz popatrzeć na miejsce stworzone setki lat temu przez ludzi, którzy nie mieli współczesnych maszyn, a pozostawili po sobie coś, czym zachwyca się cały świat.

I jeszcze raz poczuć tę wdzięczność.

Za zdrowie.

Za siłę.

Za możliwość podróżowania. Za to, że mogliśmy przejść tę drogę razem. Za kolejne marzenie, które przestało być tylko marzeniem. Bo podróże nauczyły nas już, że nie wszystkie najważniejsze chwile da się zaplanować, kupić albo sfotografować.

Niektóre trzeba po prostu przeżyć. A potem zostają z nami na zawsze.

Machu Picchu zdecydowanie jest jedną z nich.

I w tym wszystkim było jeszcze coś najważniejszego.

Solenizant był zadowolony. ❤️

Bo ta podróż do Peru miała dla nas dodatkowe znaczenie. Machu Picchu było wielkim marzeniem Arka, a jego 50. urodziny stały się najlepszym pretekstem, żeby w końcu przestać mówić „kiedyś” i po prostu to marzenie spełnić.

Patrzyłam na niego tam, pośród gór i kamiennych murów Inków, zmęczonego po tych wszystkich kilometrach, ale szczęśliwego… i pomyślałam, że chyba lepszego prezentu nie mogłam mu wymyślić.

Nie dało się go zapakować w papier.

Nie miał kokardy.

Za to miał około 35 kilometrów trekkingu przez dżunglę, obolałe nogi, wspinaczkę na Waynapicchu i jeden z najpiękniejszych widoków, jakie razem zobaczyliśmy. 😉

I chyba właśnie takie prezenty lubimy najbardziej.

Nie rzeczy, ale wspomnienia.

Takie, które po latach nadal wywołują uśmiech i przypominają, że warto czasami wziąć czyjeś marzenie w swoje ręce i pomóc mu się spełnić.

A patrząc na minę mojego solenizanta w Machu Picchu, wiedziałam jedno:

ten prezent zdecydowanie się udał. ❤️

Witaj w naszym świecie…To my…Ania, Arek… Razem z nami zwiedzisz cudowne zakątki Norwegii, która fascynuje nas od kilkunastu lat... Zapraszamy nad piękne fiordy, ogromne wodospady, urokliwe miasta, kolorowe wioski, a także wysokie góry...

Language
Select your currency
NOK Korona norweska