
Niebieska Świątynia w Chiang Rai – Wat Rong Suea Ten. Tajlandia, która zachwyca kolorem
Muszę przyznać, że do dziś nie wiem, jak to się stało, że dotarłam do wieku 49 lat, nie poznając wcześniej Tajlandii trochę dokładniej. Oczywiście wiedziałam, że jest piękna. Widziałam zdjęcia rajskich plaż, świątyń, wysp i kolorowych ulic Bangkoku. Ale czym innym jest oglądanie Tajlandii na ekranie telefonu, a czym innym znalezienie się w samym środku tego niezwykłego świata.
Nasza zimowa podróż po Tajlandii w 2025 roku przyniosła nam mnóstwo takich momentów. I choć pokazaliśmy Wam już sporą część tej wyprawy, w naszym podróżniczym pamiętniku zostało jeszcze kilka miejsc, do których zdecydowanie warto wrócić.
Jednym z nich jest Niebieska Świątynia w Chiang Rai – Wat Rong Suea Ten. Miejsce tak intensywne, kolorowe i pełne detali, że kiedy zobaczyłam je po raz pierwszy, przez chwilę nie bardzo wiedziałam, gdzie skierować aparat.
Bo tutaj wszystko przyciąga wzrok.
Niebieska Świątynia w Chiang Rai – pierwsze spotkanie
Tego dnia postanowiliśmy zrobić sobie prawdziwy świątynny maraton.
Zamiast wykupować zorganizowaną wycieczkę, wynajęliśmy taksówkę z kierowcą na cały dzień i ruszyliśmy odkrywać najciekawsze świątynie w okolicach Chiang Rai we własnym tempie.
I był to strzał w dziesiątkę. Bez spoglądania na zegarek. Bez zbiórek o konkretnej godzinie. Bez przewodnika przypominającego, że „za dziesięć minut odjeżdżamy”.
Mogliśmy zatrzymać się tam, gdzie chcieliśmy, zostać dłużej, jeśli jakieś miejsce nas zachwyciło, i ruszyć dalej wtedy, kiedy sami byliśmy na to gotowi. A kiedy dotarliśmy do Wat Rong Suea Ten, wiedziałam, że tutaj nie będę chciała się spieszyć.
Pierwsza myśl?
Czy to naprawdę może być aż tak niebieskie?
Może.
I jest jeszcze piękniejsze, niż wygląda na zdjęciach.



Świątynia, której nie da się pomylić z żadną inną
Intensywny kobaltowy błękit, złote ornamenty, ogromne smoki strzegące wejścia, bogato zdobione dachy i dziesiątki drobnych elementów, które można oglądać bez końca.
Niebieska Świątynia nie jest miejscem subtelnym. Ona od pierwszej chwili mówi:
Patrz na mnie.
I trudno oderwać od niej wzrok. Błękit jest tutaj niemal wszędzie – na fasadach, schodach, kolumnach i we wnętrzu świątyni. Przełamują go złote zdobienia, dzięki którym całość nabiera jeszcze bardziej bajkowego charakteru.
Im dłużej chodziliśmy po terenie kompleksu, tym więcej szczegółów zauważaliśmy.
Tutaj smok. Tam misternie wyrzeźbiona postać. Jeszcze dalej złoty ornament, którego wcześniej nawet nie dostrzegłam.
Aparat właściwie nie opuszczał mojej ręki.
Wat Rong Suea Ten – stosunkowo młoda świątynia z niezwykłym charakterem
Patrząc na bogactwo zdobień, można odnieść wrażenie, że Wat Rong Suea Ten stoi tutaj od setek lat. Nic bardziej mylnego. To stosunkowo młoda świątynia. Budowę obecnego kompleksu rozpoczęto w 2005 roku, a główny budynek ukończono w 2016 roku.
Powstała na terenie, na którym wcześniej znajdowała się stara, opuszczona świątynia. Za jej niezwykłym wyglądem stoi lokalny artysta Putha Kabkaew, uczeń Chalermchaia Kositpipata – twórcy słynnej Białej Świątyni w Chiang Rai.
I kiedy zna się tę historię, można zauważyć pewne podobieństwa. Obie świątynie są niezwykle fantazyjne, pełne symboliki i dalekie od tego, co europejski turysta może wyobrażać sobie pod hasłem „świątynia buddyjska”.
Ale Wat Rong Suea Ten ma własny charakter. I zdecydowanie własny kolor.
Dlaczego świątynia jest niebieska?
Niebieski nie pojawił się tutaj przypadkowo. W buddyzmie kolor ten kojarzony jest między innymi ze spokojem, mądrością, czystością i duchowością.
I rzeczywiście jest w tym coś niezwykłego. Z jednej strony intensywność kolorów wręcz bombarduje zmysły, a z drugiej – kiedy wchodzi się do środka, atmosfera nagle się zmienia.
Robi się spokojniej. Ciszej. Chłodniej. Po całym tym wizualnym szaleństwie na zewnątrz wnętrze jest jak zupełnie inny świat.





Biały Budda i wnętrze, którego nie można ominąć
Jeśli fasada robi wrażenie, poczekajcie, aż wejdziecie do środka. Centralnym punktem głównej sali jest ogromny biały posąg Buddy. Na tle intensywnie niebieskiego wnętrza wygląda niemal nierealnie.
Ściany i sufit pokrywają niezwykle szczegółowe malowidła utrzymane w błękitnych, fioletowych i złotych barwach. Nie wiadomo, gdzie patrzeć najpierw.
Na Buddę? Na ściany? Na sufit? Na zdobienia?
W pewnym momencie najlepiej po prostu schować aparat. Stanąć. I popatrzeć. Bo właśnie takich chwil najbardziej brakuje później na zdjęciach.
„Świątynia Tańczącego Tygrysa”
Sama nazwa Wat Rong Suea Ten również kryje ciekawą historię. Można ją tłumaczyć jako Świątynię Tańczącego Tygrysa. Według lokalnych przekazów w czasach, kiedy okolica nie była jeszcze tak zabudowana, w pobliżu rzeki miały żyć dzikie tygrysy, które przeskakiwały przez wodę.
Dzisiaj trudno wyobrazić sobie tygrysy spacerujące po okolicy Chiang Rai, ale legenda pozostała. I dodaje temu miejscu jeszcze odrobinę tajemniczości.
Niebieska czy Biała Świątynia w Chiang Rai?
To pytanie prawdopodobnie pojawia się najczęściej. Biała Świątynia czy Niebieska Świątynia? Dla mnie odpowiedź jest prosta.
Nie wybierałabym. Są zupełnie inne. Słynna Biała Świątynia – Wat Rong Khun zachwyca swoją niezwykłością, symboliką i wręcz surrealistyczną architekturą. Niebieska Świątynia jest bardziej kolorowa, intensywna i – przynajmniej podczas naszej wizyty – pozwalała trochę spokojniej przyjrzeć się detalom.
Każda zrobiła na nas inne wrażenie. I właśnie dlatego podczas pobytu w Chiang Rai zdecydowanie warto zobaczyć obie.
Chiang Rai – tutaj warto dać sobie więcej czasu
Przed podróżą można odnieść wrażenie, że północ Tajlandii to przede wszystkim Chiang Mai. A potem przyjeżdża się do Chiang Rai i okazuje się, że czeka tutaj zupełnie inny świat.
Biała Świątynia. Niebieska Świątynia. Czarny Dom. Mniejsze świątynie, lokalne restauracje, targi i zupełnie inna atmosfera niż na południu kraju. Chiang Rai nie potrzebuje wielkomiejskiego zgiełku, żeby zachwycić.
I chyba właśnie to spodobało nam się najbardziej.



Jak zwiedzić Niebieską Świątynię?
Wat Rong Suea Ten znajduje się w Chiang Rai, więc dotarcie do niej nie jest szczególnie skomplikowane. Wiele zorganizowanych wycieczek łączy Niebieską Świątynię z Białą Świątynią oraz innymi atrakcjami w okolicy.
My zdecydowaliśmy się jednak na inne rozwiązanie. Wynajęliśmy taksówkę z kierowcą na cały dzień. Dzięki temu mogliśmy ułożyć własną trasę i odwiedzić kilka najciekawszych miejsc bez ciągłego pilnowania harmonogramu grupy.
Dla nas było to idealne rozwiązanie. Zwłaszcza że podczas podróży fotografujemy bardzo dużo, a przy takich miejscach pięć minut potrafi zamienić się w pół godziny.
No dobrze…
Czasami w godzinę.
Kilka praktycznych wskazówek przed wizytą
Niebieska Świątynia jest miejscem sakralnym, dlatego mimo jej niezwykle fotogenicznego charakteru warto pamiętać, że nie jest to jedynie atrakcja turystyczna.
Ubiór powinien zakrywać ramiona i kolana, a przed wejściem do głównego budynku należy zdjąć buty. Warto również dać sobie trochę więcej czasu niż tylko na szybkie zdjęcie przed wejściem. Obejdźcie świątynię dookoła.
Przyjrzyjcie się rzeźbom. Wejdźcie do środka. Spójrzcie w górę. Bo właśnie w detalach ukrywa się ogromna część jej piękna.
Tajlandia, którą wciąż odkrywamy
Kiedy dziś przeglądam zdjęcia z naszej zimowej podróży po Tajlandii, trochę się uśmiecham. Przez tyle lat odkładaliśmy Azję.
Zawsze było gdzieś indziej. Kolejna Norwegia. Kolejna Europa. Kolejny kierunek, który wydawał się ważniejszy. A potem w końcu polecieliśmy do Tajlandii. I nagle okazało się, że czekał tam na nas świat zupełnie innych kolorów, zapachów, smaków i emocji.
Niebieska Świątynia w Chiang Rai jest jednym z tych miejsc, które najbardziej kojarzą mi się z tą różnorodnością. Nie jest najstarsza. Nie jest największa. I być może nie ma za sobą setek lat historii. Ale ma coś, czego nie da się zmierzyć żadną datą.
Potrafi zatrzymać człowieka. Sprawić, że przez chwilę stoi się z aparatem opuszczonym wzdłuż ciała i po prostu patrzy. Na ten niewiarygodny błękit. Na złoto połyskujące w słońcu.
Na białego Buddę. Na dziesiątki szczegółów wykonanych ludzkimi rękami. I wtedy po raz kolejny pojawia się ta sama myśl:
Jak dobrze, że w końcu tu przyjechaliśmy.
Bo podróżowanie wciąż uczy nas jednego.
Nieważne, ile miejsc już zobaczyliśmy.
Świat nadal potrafi nas zaskoczyć.






