
Góra Tęczowa w Peru. Najpiękniejsze marzenie… i najtrudniejsze 3 kilometry naszego życia
Nie każda podróż kończy się sukcesem.
Czasami marzenia trzeba dosłownie wywalczyć.
Są miejsca, do których jedzie się z aparatem w ręku i uśmiechem na twarzy. Są też takie, które już od pierwszego kroku pokazują, że nie będzie łatwo.
Góra Tęczowa (Vinicunca) była właśnie takim miejscem.
To był ostatni, wielki punkt naszej 18-dniowej podróży po Peru. Marzenie, które od miesięcy nosiliśmy w głowie. Widzieliśmy ją setki razy na zdjęciach, filmach i w relacjach podróżników. Kolorowe zbocza wyglądały wręcz nierealnie. Jakby ktoś pomalował góry farbami.
Nie wiedzieliśmy jednak, że największym wyzwaniem nie będzie sama góra.
Tylko wysokość.
2:00 w nocy. Początek walki z własnym organizmem
Budzik zadzwonił jeszcze w środku nocy. Była 2:00, kiedy wyjechaliśmy z Cusco. Miasto jeszcze spało, a my ruszaliśmy w stronę jednego z najbardziej niezwykłych miejsc w całym Peru.
Po drodze zatrzymaliśmy się na śniadanie. Była dopiero 4:30 rano, ale organizator przygotował naprawdę smaczny i obfity posiłek. Patrząc dziś z perspektywy czasu… żałuję, że zjadłam tak niewiele.
Nie dlatego, że nie byłam głodna. Po prostu już wtedy organizm zaczął wysyłać pierwsze sygnały, że wysokość nie będzie naszym sprzymierzeńcem.
Jeszcze godzina jazdy. Coraz wyżej. Coraz mniej tlenu.
I nagle autobus zatrzymał się.
4800 metrów nad poziomem morza. Przez chwile wcześniej byliśmy już tak wysoko. Ale to był tylko przejazd po górach i aklimatyzacja.



Tylko trzy kilometry…
Brzmi niewinnie, prawda?
Zaledwie 3 kilometry.
Około 300 metrów przewyższenia.
Na papierze to spacer. Ale nie na wysokości prawie pięciu tysięcy metrów. Tam każdy krok wygląda zupełnie inaczej. Każdy oddech staje się wysiłkiem.
Każde kilka metrów zmusza do zatrzymania się. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś podobnego.
Kiedy organizm mówi: „dość”
Już po wyjściu z autobusu poczułam ból głowy. Potem przyszły zawroty. A chwilę później uczucie, którego nie zapomnę chyba do końca życia.
Próbujesz nabrać powietrza.
Oddychasz.
Jeszcze raz.
I jeszcze raz.
A mimo to masz wrażenie, jakby ktoś ściskał Ci płuca.
Wokół cisza. Przed Tobą potężne Andy. Świeże, górskie powietrze. A Ty… nie możesz normalnie oddychać.
To właśnie wtedy człowiek uświadamia sobie, jak potężna jest natura. I jak mali jesteśmy wobec niej.
Muły uratowały nasze marzenie
Nasza grupa ruszyła pieszo. Każdy we własnym tempie. Ja razem z koleżanką podjęłyśmy decyzję, że część trasy pokonamy na mułach. I dziś wiem, że była to jedna z najlepszych decyzji tego dnia. Nie chodziło o wygodę.
Chodziło o zdrowie. A może nawet bezpieczeństwo.
Muły zawiozły nas niemal pod sam końcowy odcinek. Dalej trzeba było już iść samemu.
Każdy krok był walką
Na zewnątrz było zimno. Kilka stopni powyżej zera. Lipiec w Peru oznacza zimę. Słońce dopiero zaczynało wychodzić zza gór, ale my nadal szliśmy w cieniu. Każdy krok był coraz trudniejszy.
Szłam tak wolno, że żółw prawdopodobnie wyprzedziłby mnie bez większego wysiłku.
I nagle…
Poczułam mdłości.
Organizm całkowicie odmówił współpracy. Nie miałam czym wymiotować, bo praktycznie nic nie zjadłam. To był pierwszy moment, kiedy naprawdę pomyślałam:
„Może nie dam rady.”
Ale zaraz potem spojrzałam przed siebie. Meta była już widoczna. Tak blisko.
I jednocześnie tak niewiarygodnie daleko.



Na szczycie… i walka trwała dalej
Kiedy w końcu stanęłam na punkcie widokowym, pierwsze co zrobiłam, to wyszłam ze cienia i usiadłam w promieniach słońca. Dopiero wtedy poczułam odrobinę ciepła. Na wysokości ponad 5000 metrów każdy promień słońca był na wagę złota.
Przede mną rozciągała się Góra Tęczowa.
To marzenie, które przez tyle miesięcy oglądałam tylko na zdjęciach, nagle było dosłownie na wyciągnięcie ręki. Mogłam patrzeć na jej kolorowe zbocza bez żadnego ekranu pomiędzy nami. To nie Photoshop. Kolory naprawdę istnieją. Warstwy czerwieni, żółci, zieleni i ochry przecinające zbocza wyglądają dokładnie tak, jak na zdjęciach. A może nawet piękniej. Pod jednym warunkiem. Musi dopisać pogoda.
My mieliśmy ogromne szczęście. Słońce wyszło dokładnie wtedy, kiedy dotarliśmy na górę. I dopiero wtedy kolory zaczęły żyć.
I wiecie co?
Nie miałam siły się cieszyć, tak jak zawsze to robię.
Nie dlatego, że miejsce nie zrobiło na mnie wrażenia. Wręcz przeciwnie. Było piękniejsze, niż sobie wyobrażałam. Po prostu organizm był już na granicy swoich możliwości.
Kilka metrów wyżej znajdował się jeszcze jeden punkt widokowy. Zaledwie kilka minut wspinaczki. W normalnych warunkach weszłabym tam bez zastanowienia.
Tutaj wydawało się to nierealne.
Siedziałam chwilę, próbując złapać oddech, kiedy pomyślałam: „Zanim wejdzie Arek z resztą grupy, spróbuję jeszcze raz.”
Ruszyłam.
Doszłam może do połowy.
I wtedy usłyszałam głos jednej z naszych koleżanek:
– Arek bardzo źle się czuje…
W jednej chwili zapomniałam o własnym zmęczeniu.
Odwróciłam się i zaczęłam schodzić.
Każdy krok był coraz trudniejszy. Czułam mocne uderzenia serca w klatce piersiowej, a po chwili pojawiło się ostre ukłucie. Musiałam zwolnić, choć w głowie miałam tylko jedną myśl – jak najszybciej dojść do Arka.
Z daleka widziałam, ile kosztuje go każdy kolejny krok.
Kiedy w końcu dotarł, nie musiał nic mówić.
Jego twarz mówiła wszystko.
Sine usta.
Suche, zapadnięte oczy.
Ogromne zmęczenie.
I potężny ból głowy.
Nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie.
Natychmiast poprosiłam naszego pilota o tlen dla Arka. Niestety, na tej wysokości nie był on dostępny. Pozostało nam tylko usiąść na chwilę, uspokoić oddech i dać organizmowi kilka minut na walkę z wysokością.
Zrobiliśmy dosłownie kilka zdjęć. Nie było w nas już ani siły, ani ochoty na dłuższe pozowanie.
Przed nami była jeszcze Czerwona Dolina.



Czerwona Dolina – miejsce, o którym mówi się zdecydowanie za mało
Większość turystów po zdobyciu punktu widokowego zawraca. My postanowiliśmy pójść jeszcze dalej. Tak, gwiazdą wieczoru jest tutaj zdecydowanie Góra Tęczowa, ale okolica w żadnym wypadku nie powinna być pomijana.
I dziś możemy powiedzieć jedno. Jeśli tylko będziecie mieli możliwość…
Idźcie.
To właśnie tam przeżyliśmy jedne z najpiękniejszych chwil podczas całej wyprawy.
Było ciszej.
Spokojniej.
Bez tłumów.
A krajobraz wyglądał jak Mars.
Do dziś trudno uwierzyć, że miejsce tak niezwykłe znajduje się zaledwie kilkanaście minut od jednej z największych atrakcji Peru.
Miejscowi mówili, że dojście zajmuje około piętnastu minut. Nam zajęło prawie pół godziny. Co kilka minut zatrzymywaliśmy się, żeby złapać oddech. Każdy krok był świadomą decyzją. Ale doszliśmy.
I kiedy stanęliśmy na skraju Czerwonej Doliny, wszystkie trudności choć na chwilę zeszły na dalszy plan.
Powrót również nie należał do łatwych. Trasa prowadziła głównie w dół, ale wysokość wciąż dawała o sobie znać. Arka głowa bolała coraz bardziej, a ja przez całą drogę pilnowałam, żeby nie został sam ani na chwilę.
W tamtym momencie najważniejsze było już tylko jedno.
Bezpiecznie wrócić na dół.
Bo góry uczą pokory. I przypominają, że to natura zawsze rozdaje karty
Czy było warto?
Gdyby ktoś zapytał mnie zaraz po zejściu…
Pewnie odpowiedziałabym, że nigdy więcej.
Ale dziś?
Dziś jestem po prostu ogromnie wdzięczna. Wdzięczna, że organizm wytrzymał. Wdzięczna, że natura pozwoliła nam zobaczyć ten spektakl w pełnym słońcu. Wdzięczna, że wróciliśmy bezpiecznie.
Bo Góra Tęczowa nauczyła mnie czegoś znacznie ważniejszego niż kolejnego punktu na mapie świata.
Pokazała, że najpiękniejsze marzenia często wymagają największego wysiłku.
I właśnie dlatego smakują później tak wyjątkowo.






Skąd wzięła się Góra Tęczowa?
Patrząc na to niezwykłe miejsce, trudno uwierzyć, że jeszcze kilkanaście lat temu prawie nikt o nim nie słyszał.
Dziś Góra Tęczowa (Vinicunca) jest jedną z największych atrakcji Peru i każdego dnia przyciąga tysiące turystów z całego świata. Jeszcze do niedawna wyglądało to jednak zupełnie inaczej.
Przez wiele lat kolorowe zbocza góry pozostawały ukryte pod grubą warstwą śniegu i lodu. Dopiero wraz z postępującym topnieniem lodowców, spowodowanym zmianami klimatu, zaczęły odsłaniać się niezwykłe warstwy skał o czerwonych, żółtych, zielonych i fioletowych odcieniach.
To właśnie wtedy przewodnicy prowadzący trekkingi wokół masywu Ausangate zauważyli, że spod śniegu wyłania się coś absolutnie wyjątkowego. Informacja bardzo szybko obiegła świat, a zdjęcia kolorowej góry zaczęły pojawiać się w mediach społecznościowych, na blogach podróżniczych i okładkach przewodników.
Dzisiaj trudno wyobrazić sobie podróż do Cusco bez wycieczki na Vinicuncę. Każdego dnia na szlak wyruszają setki, a w szczycie sezonu nawet ponad tysiąc osób.
I choć popularność przyniosła temu miejscu rozpoznawalność, z jednej strony cieszy, że świat mógł odkryć tak niezwykły zakątek Andów. Z drugiej jednak strony trochę szkoda, że natura zapłaciła za to tak wysoką cenę. Bo to właśnie topniejące lodowce sprawiły, że mogliśmy podziwiać tę niezwykłą paletę barw.
Stojąc tam, na wysokości ponad pięciu tysięcy metrów, trudno było o tym nie pomyśleć. Zachwycaliśmy się jednym z najpiękniejszych krajobrazów Peru, mając jednocześnie świadomość, że jego odkrycie jest również przypomnieniem o zmianach, jakie zachodzą na naszej planecie.
Może właśnie dlatego Góra Tęczowa robi tak ogromne wrażenie.
Nie jest tylko pięknym miejscem.
Jest również cichym świadkiem tego, jak bardzo zmienia się świat.



Marzenie spełnione. I ogromna wdzięczność, że mogliśmy tam być
Kiedy dziś wracamy myślami do tego dnia, nie pamiętamy już tylko bólu głowy, braku powietrza, zimna i tych nieskończenie długich kroków.
Pamiętamy przede wszystkim widoki.
Potężne Andy. Kolory Vinicunki. Czerwoną Dolinę. Ciszę wysoko w górach i to niesamowite uczucie, kiedy stoisz na wysokości ponad 5000 metrów i dociera do Ciebie, że naprawdę udało się spełnić kolejne podróżnicze marzenie.
Nie było łatwo. Zdecydowanie nie.
I chyba właśnie dlatego ten dzień ma dla nas tak ogromną wartość.
Jestem niesamowicie wdzięczna, że mogliśmy tam być. Że pogoda pozwoliła nam zobaczyć Góry Tęczowe w całej ich okazałości. Że mimo problemów z wysokością dotarliśmy tam razem. I przede wszystkim – że wszyscy bezpiecznie wróciliśmy na dół.
Bo dopiero tam człowiek naprawdę rozumie, że góry nie muszą niczego udowadniać.
To my musimy nauczyć się je szanować.
Mimo że sił mieliśmy już naprawdę niewiele, wyciągnęliśmy jeszcze drona. Nie mogliśmy przecież wrócić z takiego miejsca bez choć kilku ujęć z góry.
Dron poleciał nad kolorowymi zboczami, a przed nami na ekranie pojawił się krajobraz, którego stojąc na ziemi nie byliśmy w stanie zobaczyć w całej okazałości. Dopiero z lotu ptaka widać ogrom tego miejsca – czerwone doliny, wielobarwne pasma gór i przestrzeń peruwiańskich Andów ciągnącą się aż po horyzont.
Nie nagraliśmy tyle, ile zazwyczaj byśmy chcieli.
W tamtej chwili silny ból głowy i zmęczenie były zdecydowanie ważniejsze od idealnych kadrów.
Ale kilka ujęć mamy.
I dzisiaj są dla nas czymś więcej niż kolejnym podróżniczym filmem. Są wspomnieniem dnia, w którym natura pokazała nam jednocześnie swoje najpiękniejsze i najbardziej wymagające oblicze.
Fragment naszej wyprawy na Górę Tęczową i Czerwoną Dolinę w Peru możecie zobaczyć również na naszym YouTube. Z góry to miejsce wygląda jeszcze bardziej nierealnie.
A my?
My zostawiliśmy tam kawałek sił, mnóstwo emocji i chyba jeszcze więcej pokory.
Ale zabraliśmy ze sobą coś znacznie cenniejszego.
Wspomnienie, że byliśmy tam razem. Że zobaczyliśmy to na własne oczy. Że kolejne marzenie, które kiedyś było tylko zdjęciem zapisanym gdzieś w telefonie, stało się częścią naszej historii.
I za takie chwile najbardziej kochamy podróże.
Za możliwość powiedzenia sobie później:
Było trudno. Bardzo trudno. Ale byliśmy tam. I jesteśmy za to ogromnie wdzięczni.



